Achaja tom IV ?

Otóż, niedawno miałam przyjemność przejścia się do empiku gdzie znalazłam długo oczekiwany tom IV Achai. Jedynie nazwa może zmylić czytelników tej genialnej powieści ze względu na to iż się zwie „Pomnik cesarzowej Achai”.

Z recenzji, które przeczytałam na temat tej książki dowiedziałam się, że ma to być zupełnie coś nowego, a najlepsze jest to iż jest to tom I i dalsze losy Achai będą nas niezmiernie zaskakiwać, jednakże nie jest to kontynuacja poprzednich tomów, a odwołanie się do czegoś nowego, z nowymi bohaterami i przygodami.

Tu zawarty jest link na stronę gdzie zawartych jest więcej informacji —> empik


Baśnie braci Grimm – fikcja czy przestroga?

Nie, nie będziemy analizować żadnych tekstów ani doszukiwać się przesłanek w baśniach. Dzisiejszym tematem będzie serial o wdzięcznej nazwie Grimm. Nie bez powodu wszystkim kojarzy się ze wspomnianymi baśniami.

Ameryka. Jedno z wielu miast. Mieszka i pracuje tam detektyw Nick Burkhardt (Ciekawe nazwisko, nie powiem…). Praca jak to praca, ma kolegów i rozwiązuje sprawy razem z policją. Niby nic ciekawego, ot, kryminał. Okazuje się jednak, że główny bohater nie jest wcale taki zwyczajny. Jest spadkobiercą rodu Grimm, który swego czasu był dość poważany w związku z wykonywaną profesją. Grimmowie byli łowcami, chronili ludzkość przed złem i nadprzyrodzonymi mocami. Detektyw natrafia na fantastyczne stworzenia i musi je zwalczać – taka jego rola, jako spadkobiercy. Brzmi trochę wyniośle i typowo, prawda?

Jaki jest tu jednak związek z baśniami? Otóż, jeśli ktoś czytał je (mnie niestety się nie udało) łatwo zauważy, że opisywane tam stworzenia występują w serialu i nie są przyjaźnie nastawione. O ile w książce bracia Grimm są podróżnikami, swego rodzaju odkrywcami, którzy swoje spostrzeżenia opisali, tyle w serii telewizyjnej okazują się zawodowymi łowcami specjalizującymi się w usidlaniu ogrów, czy walczeniem z wiedźmami. Oczywiście ich w akcji nie zobaczymy, a szkoda. Mamy za to nowoczesną wersję przygód, okraszoną gdzieniegdzie elementami z zeszłych wieków.

Producenci serialu mają za sobą takie produkcje jak, np. Z archiwum X albo Buffy: Postrach wampirów, więc fajerwerków spodziewać się nie można, ale ogółem pomimo braków w elementach stworzonych komputerowo, serial wypada całkiem nieźle. Można się pośmiać, czegoś dowiedzieć. Mam za sobą kilka odcinków i mówiąc szczerze, ogląda się całkiem przyjemnie, twór nie jest taki prostolinijny jakby mogło się wydawać.

Pozostaje mi jedynie polecić wam ten serialik. Co prawda, nie jako konieczny do obejrzenia, ale jako umilacz na wieczór (w takiej postaci klasyfikuje się całkiem nieźle).


Price, price always changes

Ta-dam! Serwis Good Old Games, potocznie zwany GoG zafundował nie lada gratkę fanom post apokalipsy i klasycznych rpg. Nie wiem, czy to za sprawą pożaru w elektrowni jądrowej we Francji kilka dni temu, czy z okazji świąt Wielkiej Nocy, ale serwis ten, zajmujący się sprzedażą cyfrową starych gier rozdaje Fallouta 1 za darmo. Tej gry chyba nie muszę nikomu przedstawiać, jest to jedna z najlepszych gier rpg wszech czasów, o niepowtarzalnym klimacie i jeden z moich ulubionych tytułów, do którego do dziś wracam. Zachęcam wszystkich do zagrania i przemierzenia zdewastowanej po nuklearnej wojnie amerykańsko-chińskiej Kalifornii. Mam nadzieję, że nie macie mi za złe jeszcze tej monotematyczności na blogu :).

http://www.gog.com/gamecard/fallout


Post apokalipsa w obrazie

Post apokalipsy ciąg dalszy. Dziś opiszę filmy i anime, w których ten motyw występuje. Ponownie pominę filmy z zombie, chorobami itp (vide I am legend). Zacznę od wspólnego elementu z poprzednim wpisem, czyli:

The Road (Droga)

Jest to film na podst. znanej książki o tym samym tytule. O książce pisałem ostatnio, skupmy się na filmie. Główną rolę gra tutaj Viggo Mortensen, znany głównie z roli Aragorna w ekranizacji trylogii Tolkiena. Przemierza on z małym synem zrujnowaną Amerykę. Uczy go przetrwania i wpaja wymarłe zasady, samemu zdaje sobie sprawę, że umiera, więc stara się spieszyć, ale też nie przyspieszyć nadchodzącego końca, tracąc życie w bezsensowny sposób. Na drodze spotykają wiele niebezpieczeństw – bandytów, kanibali, zwykłych przestraszonych, przez co niebezpiecznych ludzi, ale też przyjaznego staruszka. Nie jestem w stanie porównać zgodności obrazu z pierwowzorem literackim, ponieważ nie czytałem tej książki, ale film ma dobry klimat, jest ponury, smutny, ciekawy, są wspaniałe scenerie. Do gry aktorskiej nie mam zarzutu. Polecam to każdemu miłośnikowi dramatów, albo post apokalipsy.

Mad Max

Kto nie zna tego filmu? Druga część to jeden z moich ulubionych z dzieciństwa [tak, jestem „natural born post apo fan”]. Główną rolę gra Mel Gibson, a akcja dzieje się w niedalekiej (patrząc od lat 70. ub. w.) przyszłości w Australii, zrujnowanej wojną domową. W pierwszej części Mel jest policjantem, a nie jest to łatwa służba z racji wszechobecnej przemocy i obecności buńczucznych gangów. W drugiej i chyba najlepszej części Mel po tragedii rodzinnej z części pierwszej pojechał w siną dal, prowadzić nomadyczny tryb życia. Natrafia jednak na osadę, z którą zawiera układ. Wioseczce zagraża niebezpieczeństwo w postaci gangu miłośników aut typu „amerykański mięsień”, którzy chcą się dobrać do ropy należącej do wioski. Szalony Max postanawia odeprzeć najeźdźców, przy okazji zwiększając wilgoć między nogami pewnej blondyneczki i pomóc mieszkańcom w ewakuacji. Ostatnia część jest moim zdaniem najsłabsza. Max zostaje napadnięty i trafia do miasta, gdzie wchodzi w układ zdobycia źródła prądu od lokalnej grubej ryby. Ciekawe jest to, że z odcinka na odcinek zauważalnie widać degradację cywilizacyjną ludzkości. Filmy „Mad Max” to typowe produkcje akcji z tamtych lat.

Book of Eli (Księga Ocalenia)

Ten film ciężko opisać bez spoilerów,a jego główną siłę stanowią pomysł i zakończenie. W dużym skrócie – główny bohater (Danzel Washington) przemierza zrujnowane po wojnie USA z pewną książką, która zawiera ponoć ważne informacje, dodatkowo jest to prawdopodobnie jej ostatni egzemplarz na ziemi. Eli wędruje na zachód, dodam, że do San Francisco, ponieważ doszły go słuchy, że utworzono tam struktury będące zalążkiem cywilizacji. Podczas zatrzymania się w pewnej osadzie jednak okazuje się, że na jego książkę ma ochotę również miejscowy boss (Gary Oldman), gdyż chce ją wykorzystać w celach manipulacji miejscową ludnością. Film zasługuje na uznanie za scenerie i pomysły, jednak oprócz tego był miejscami nudnawy. Polecam fanom Fallouta.

Boy and his dog (Chłopiec i jego pies)

Kolejna starsza produkcja. Świat zrujnowany po wojnie (kto by się spodziewał). Pewien chłopak o imieniu Vic został przy narodzinach „połączony” z psem o imieniu Blood. Mogą się ze sobą komunikować telepatycznie. Przemierzają więc pustkowia, aby polować. Celami łowów staje się jedzenie i… kobiety, które są „towarem” deficytowym [Vicowi przydają się umiejętności węchu i słuchu Blooda, a pies nie ma otwieracza do konserw, ani nawet rąk]. Nie bez kozery użyłem takiego zwrotu, gdyż w świecie tego filmu występuje wyjątkowe uprzedmiotowienie płci pięknej. Gdy odnaleźli kobietę, między chłopakiem, a psem pogarszają się stosunki, ostatecznie okazuje się, że pochodzi ona z podziemnego miasta. Napalony Vic postanawia zejść pod ziemię w nieznane. Bohater zastaje tam w pewnym sensie „idealne” społeczeństwo, wszyscy są szczęśliwi, spokojni, środowisko jest sterylne. Brakuje im tylko 2 rzeczy. Pierwsza to wolność, o drugiej nie powiem, żeby nadto nie robić przecieków, jednak dodam, że to właśnie z tego powodu Vic został zwabiony pod ziemię. Film warto też obejrzeć dla zakończenia, które jest na prawdę pomysłowe.

Akira

To dosyć znane anime pełnometrażowe, przez wielu uznane za ‚klasyk’. Jest to historia Tetsuo należącego do gangu motocyklowego (którego szefem jest Kaneda – odsyłam fanów Saints Row do sprawdzenia nazw ścigaczy w grze 🙂 ), a akcja dzieje się w (Neo) Tokio po III wojnie światowej. Japończycy szybko podnieśli się na nogi (podobnie, jak po ostatnim trzęsieniu ziemi rok temu), więc nie ma tutaj „falloutowych” pejzaży, chociaż narasta niezadowolenie z powodu umacniania się totalitarnych rządów w mieście. Tetsuo pewnego dnia ma wypadek motorowy, po którym jest porwany przez wojsko wraz z ofiarą wypadku. Bohater staje się królikiem doświadczalnym i zostaje obdarowany potężną mocą. Zaczyna zachowywać się, jak pies spuszczony ze smyczy. Kaneda stara się odnaleźć i uspokoić Tetsuo zanim dojdzie do tragedii. Barwna historia, jak to Japończycy lubią sporo tu obyczajowości, a postaci mają barwne charaktery.

Trigun

Na zakończenie kolejne, znane anime, tym razem w formie serialu. Głównym bohaterem jest Vash the Stampede. Akcja dzieje się na odległej planecie, która jest mocno wyludniona i wyniszczona. Mamy tutaj klimaty przypominające wymieszanie Tatooine i westernu z domieszką post apo. Vash jest człowiekiem poszukiwanym, wyznaczono za niego pokaźną sumkę. Tak pokaźną, że nawet inni przestępcy nań polują. Jest tylko jeden problem,  o Vashu krąży mnóstwo plotek, które nie pokrywają się z rzeczywistością. Jest on przedstawiany jako krwiożerczy, wyrachowany cyngiel, a w rzeczywistości to uroczy wioskowy głupek z talentem do broni i fakt ten stanowi naturalną ochronę przed napastnikami, którzy nie dowierzają w to, że on to on. Mogę to anime polecić, mimo że znudziło mnie po pierwszym sezonie (są 2). Jest to przede wszystkim i niestety komedia. Jednak w „Trigunie” jakoś mi to nie pasowało, ale po Arakawa: Under the Bridge mało które anime było w stanie mnie rozbawić.

 

To tyle, jeśli uraziłem fanów post apo o zombie, to proszę bardzo – z filmów polecam 28 dni później i 28 tygodni później, a z anime to High School of Dead. Następnym razem napiszę coś o grach komputerowych. To nastąpi prawdopodobnie po świętach. Ale przynajmniej będzie bliżej 26.04, rocznicy katastrofy w Czarnobylu.


Post apokalipsa w literaturze

W ostatnim wpisie tylko lekko ‚waniało’ post apokalipsą. Bardziej starałem się nakreślić ciekawostki historyczne i obecny stan energii jądrowej. Tym razem zagłębię się w tym, co lubię najbardziej, czyli fantastyce tzw. „post apo”. W skrócie jest to świat po globalnej katastrofie (najczęściej jądrowej, przeważnie po wojnie, w której użyto tego typu broni masowego rażenia). Czyli mamy tu świat w zgliszczach, małe społeczności, prawo dżungli, mutantów, promieniowanie, zacofanie technologiczne, przeważnie kiepską pogodę 😛 (chociaż ciekawe, że nie spotkałem jeszcze w tego typu fantastyce zjawiska zimy nuklearnej, która jest wysoce prawdopodobną hipotezą). Omawianie konkretnych przykładów post apo w otaczającym nas świecie zacznę od literatury.

Metro 2033/2034

Dosyć popularna seria, ostatnio dorobiła się cyklu tzw. Uniwersum metro 2033, gdzie inni autorzy wykorzystują świat wykreowany przez Dymitrija Gluchowskiego tworząc swoje historie (na chwilę obecną czytam pierwszą książkę z tej serii – Piter). Wracając do pierwowzoru, jest to dzieło opisujące perypetie ludzi żyjących, po światowej wojnie atomowej w moskiewskim metrze. Konflikt odbył się około 20 lat przed wydarzeniami z książki, tak więc w metrze wychowało się już całe pokolenie. Główny bohater pierwszej części – Artem (ukrzyżować tłumacza, to imię po rosyjsku brzmi ‚Artiom’) urodził się na powierzchni, lecz niewiele stamtąd pamięta, gdyż był małym brzdącem, gdy do Moskwy zbliżały się pociski atomowe i został ewakuowany do metra, które jest największym schronem przeciwatomowym na świecie. Artem żyje sobie na stacji o nazwie WOGN, lecz na łamach kart książki dowiadujemy się, że tą stację zaczyna nachodzić nowy rodzaj mutantów i jest zmuszony ją opuścić. Pod opieką znanego szeroko w metrze Huntera, stalkera (osoba wychodząca na szaber na powierzchnię) rusza po pomoc. Artem nie zna metra, a jedynie różne legendy o nim. Na swojej drodze spotyka między innymi komunistów, czy nazistów z Czwartej Rzeszy, która tępi ludzi pochodzenia z byłych republik ZSRR (za wyjątkiem Rosji oczywiście). Druga część to historia Homera, Ahmeda, znanego z pierwszej części Huntera i Saszy, dzieje się rok po wydarzeniach z części pierwszej, lecz na drugim końcu metra. Stacją początkową jest Sewastopolska, a śmiałkowie ruszają po pomoc, gdyż na tej stacji zaczęły pojawiać się nowe formy życia i innej maści problemy. Podsumowując, pierwsza część miała skoczny poziom, który wynikał głównie z racji tego, iż powstawała wiele lat. Ma ciekawy klimat i przeraźliwie wciąga. Część drugą oceniłbym nieco niżej, ale też wysoko. Głównie drażnił mnie wątek miłosny, który jednak zakończył się zgodnie z moimi oczekiwaniami :P. To mogę gorąco polecić.

Apokalipsa według pana Jana

Teraz odrobina rodzimej literatury. Autorem jest Robert J. Szmidt [redaktor naczelny „Science Fiction”], a ta książka jest kontynuacją opowiadania „Ognie w ruinach”, które zostało opublikowane na łamach tego magazynu. W skrócie, jest napięta sytuacja na arenie międzynarodowej, łącznie z wzajemnym straszeniem się bronią nuklearną, a Polska ma na taki czas plan… odzyskania kresów wschodnich. Tajny projekt wojskowy kończy się zrobieniem z Polski celu ukraińskich rakiet atomowych. Polska to też przewidziała, w okolicach Wrocławia, w górach powstała placówka rządowa Bastion, będąca jednocześnie schronem przeciwatomowym dla elit. Po 2 latach zdecydowano się na otwarcie schronu i zbadanie okolic miasta. Śmiałkowie, niespodziewający się spotkać żywego ducha zostają schwytani przez charyzmatycznego intryganta, pana Jana Sobieszczuka, który stał się swego rodzaju wodzem dla ocalałych w zgliszczach Wrocławia ludzi. Pan Jan ma bardzo ambitne plany, lecz tych zdradzać nie będę, doczytacie sami. Jest to bardzo ciekawa pozycja, polecam.

Droga

Tej książki niestety jeszcze nie przeczytałem. Jest to dramat w świecie post apo. Autorem jest Cormac McCarthy. To historia mężczyzny, który przemierza wraz z małym synem zrujnowaną po bliżej nieokreślonej katastrofie Amerykę (USA). Jest on chory i zdaje sobie sprawę z tego, że umiera, lecz nie daje tego poznać synkowi i próbuje nauczyć go samodzielności i przetrwania w brutalnym, nieprzyjaznym świecie. Stara się walczyć o jego dobro i wskazać mu pewne zasady życiowe, o których świat dawno zapomniał, ludzie tu na siebie polują, panuje kanibalizm, rządzi prawo dżungli. Książka ta została uznana na świecie, dostała nawet nagrodę Pulitzera i dorobiła się filmu, o którym więcej napiszę wkrótce.

Ostatni zjazd przed Litwą

Ponownie wracamy do twórczości R.J. Szmidta. Jest to zbiór opowiadań. Nie wszystkie są o tematyce post apokaliptycznej, jednak tytułowa historia tak. Jest, podobnie, jak „Apokalipsa…” bardzo pomysłowa i zaskakująca. Można tu też przeczytać inną ciekawą twórczość, jak wizja Polski pod supremacją kraju z dalekiego wschodu.

Bastion

Autorem tej książki jest znany i lubiany Stephen King. Z przykrością ponownie oznajmiam o moim nieprzeczytaniu tej pozycji (kiedyś nadrobię). W świecie opisanym w Bastionie ludzkość jest zdziesiątkowana przez broń biologiczną i populacja wynosi 0.06% stanu obecnego. Ludzie jednak, jak to ludzie, walczą do krwi ostatniej, utworzono 2 obozy, które zaczęły się ścierać. Myślę, że mogę w ciemno tę książkę polecić z racji autora i tego, że wielu uznało „Bastion” za najwybitniejsze dzieło Kinga.

Alpha Team

Nie odpuszczam dziś Szmidtowi. Jest to kolejny zbiór opowiadań, można tu na przykład znaleźć „Ognie w ruinach”, będące pierwowzorem „Apokalipsy wg pana Jana”, ale też, najciekawsze moim zdaniem, opowiadanie o kosmicznej jednostce sprzątającej śmieci po galaktycznej wojnie. Tytułowa historia opowiada o realiach w Polsce po III wojnie światowej. Mamy tutaj też ciekawe nawiązanie do jednego z moich ulubionych filmów – Full Metal Jacket, ponownie polecam, jest to porcja porządnych opowiadań.

Fiolet

Na zakończenie dodam łyżki dziegciu do książek, które polecam. Jest to pozycja, której nie mogę zmęczyć, niesamowicie nudna i nieciekawa. Napisała ją Magdalena Kozak, a samym „Fioletem” zainteresowałem się głównie dlatego, że ta pani stworzyła ciekawą serię „Nocarz”, która traktowała o oddziale wampirów w służbach specjalnych Polski (potem oczywiście się okazywało, że wampiry mają całkiem złożone struktury pod naszymi oczami, tak, skojarzenia z V:tm są poniekąd słuszne). W świecie „Fioletu” na ziemię spadły zarodniki pewnych kwiatów, wydzielających cyjanowodór (dla niewtajemniczonych jest to trucizna). Bohaterami tej książki są amatorscy spadochroniarze, jednak nie wiem, jakie to ma znaczenie dla fabuły, bo „Fioletu” nie skończyłem (od kilku miesięcy). Mamy tu nietypowy wątek miłosny, internetowej znajomości i ludzi próbujących żyć wśród kosmicznych kwiatów. Może kiedyś to dokończę, to będę w stanie coś więcej napisać, jednak na razie książka się kurzy, bo nudzi.

To oczywiście nie są wszystkie tytuły post apokaliptyczne, a jedynie te, które czytam/czytałem lub zamierzam przeczytać. Do w.wym. mógłbym dodać też takie pozycje, jak Listonosz, Jestem Legendą, Wojnę Światów, czy Diunę, która podobno jest z tego gatunku. Uniknąłem też książek o zombie, których nie uznaję za post apo. DO LEKTURY! Zachęcam do podawania swoich ulubionych tytułów o tej tematyce w komentarzach.



Muzyczny piątek: Kawaleria Szatana – KAT

W dzisiejszym wydaniu muzycznego piątku mam zamiar wam zrekompensować brak wpisu z serii tydzień temu. Niestety, nie doszło do jego napisania z powodu mojej obecności na Pyrkonie (wpis możecie przeczytać tutaj). W zamian mam zamiar wprowadzic do odcinka gościa – Blackie~!

Dzisiejszy wpis będzie dotyczył zespołu KAT. Jest to, a raczej była to grupa trash metalowa, która często po dzis dzień wzbudza wiele kontrowersji. Ale od początku. Zespół został założony na przełomie lat 1979 oraz 1980 przez gitarzystę Piotra Luczyka oraz perkusistę Ireneusza Lotha. Dołączył do nich basista Tomasz Jagas, a potem Ryszard Pisarski. Grali wtedy hard rocka i muzykę instrumentalną. Ich ‚szatańska’ kariera zaczęła się tak naprawdę w roku 1981, kiedy dzięki festiwalowi Silesian Rock KAT znalazł wokalistę – Romana Kostrzewskiego. Jako grupa muzyczna wybili się dzięki sesjom nagraniowym dla PR Katowice oraz udziałowi w wielu festiwalach rockowych takich jak Festiwal w Jarocinie. Właśnie tam ich praca została doceniona – wygrali plebiscyt publicznosci… Występowali u boku wielu popularnych zespołów takich jak Acid Drinkers czy Iron Maiden, Metallica, Helloween. Tyle wystarczy wiedzieć na początek. Najważniejszym elementem historii jest rozłam zespołu w roku 2004, kiedy to Piotr pożegnał ze składu Romana oraz Ireneusza. Utrata wokalisty dla zespołu jest dużym ciosem, ale jak widać Piotr tego nie rozumiał. Konflikt przeniósł się nawet do sądu, ale to już inna historia. „Odrzuceni” postanowili wskrzesić zespół pod nazwą KAT & Roman Kostrzewski. Jak się okazało było to całkiem niezłym pomysłem – zaczeli odnosić sukcesy. A co z własciwym KAT’em? W nowym składzie nagrali jedną płytę pt. Mind Cannibals i grają za granicą. Do Polski mieli wpaść przelotem, ale im się nie udało. Dlaczego? Tajemnicza choroba perkusisty im przeszkodziła…
Historia historią, ale prawdziwą esencję zespołu stanowią teksty ich utworów. Warto zaznaczyć, że byli oni oskarzani o propagowanie satanizmu i to w gruncie rzeczy od samego początku.

Jak poznaliśmy?
Farum: Mam kumpla, który to non stop mówił o Kacie (pozdrowienia dla Michała) kiedy to jeszcze nie słuchałem metalu. Z racji mojej ‚transformacji muzycznej’ czas było posłuchać każdego możliwie najbardziej satanistycznego zespołu – KAT pasował bardzo dobrze do tej roli. Moją ulubioną piosenką jest „Łza dla cieniów minionych” i „Ostatni tabor”. Bo tak.
Blackie: Przyjaciel podesłał mi „Purpurowe Gody”… Zanim dostałam całkowitego załamania na tle nerwowym otrzymałam dawkę „Odi Profanum Vulgus”. Na koniec dodano szczyptę „Delirium tremens” i stwierdziłam, że w sumie nawet podobają mi się i mogę ich słuchać. Trochę inną rolę odegrało tu moje z lekka spaczone zainteresowanie okultyzmem, ale o tym mogę napisać osobny artykuł i ręczę za to, że byłoby o czym czytać. SZATAN RLZ!

Nasze ulubione utwory:


My Little Pony, czyli o tym jak bajka dla dzieci podbiła świat dorosłych

Na wstępie wypadałoby przedstawić się. Dzień dobry. Jestem Blackie i wpadłam zasiać tu ziarenko swoich zainteresowań. Ten wpis jest jakby moim debiutem, liczę na to, że się przyjmie i nikt nie wyrzuci mnie razem z komputerem przez okno. Jestem wdzięczna, że pozwolono mi tu pisać, postaram się odwdzięczyć i takie tam. No, to lecim…

Każdy już chyba widział, słyszał i odczuł na sobie kucykową manię, która zaczęła władać światem Internetu i nie tylko.  Kucyki na przypinkach, na podkładkach pod myszkę, figurki kucyków, koszulki z kucykami… Ale skąd to się wzięło? Skąd przyszło i po co? Spróbuję dociec prawdy, jednocześnie nie stając się kompletnie zwariowaną na ich punkcie fanką… (W sumie nie wiele mi brakuje :F)

Tak więc, pomysł na wykreowanie kucyków pojawił się dawno, bo w roku 1986. Powstała wtedy seria TV, która trzymała się telewizorów do roku 1987. Cóż, grafika nie powalała na kolana (czego innego mogliśmy się spodziewać po tego typu produkcji), ale kucyki w nienaturalnych kolorach, z piskliwymi głosikami były i małe dziewczątka chciały je oglądać. A o to przecież chodziło. Czym się różniły od obecnych? A tym, że w ich krainie stale przebywała trójka dzieci i inne w miarę rozumne stworzonka. Jakby na to nie patrzeć – albo dzieci miały urojenia, albo kucyki. Co mnie przeraziło? Tam nawet koniki morskie miały mordki kucyków, puchate grzywy i inne cuda…

Wersja polska tegoż tworu trafiła do nas dopiero pod koniec lat 90. na zlecenie TVN jako Kucyki i Przyjaciele. Patrząc na listę „dabingujących” nie rozpoznałam nikogo poza Anną Apostolakis, która dość często pojawia się w różnych kreskówkach. Muszę przyznać, że kiedy to cudo trafiło do Polski i przyniosło ze sobą również serię zabawek, ja także nie odparłam się ich urokowi. Nie przypominam sobie żebym oglądała je w telewizji (starą wersję widziałam dużo później na jakimś programie i była to długometrażówka), ale mając 8-9 lat dostałam białego kucyka z ognistą grzywą za dobre sprawowanie u dentysty… Później dołączyły także zabawki z Mc’Donalds, co już jest osobną historią.  Nasze cukierkowe kucyki pojawiły się jeszcze w 2007 roku na MiniMini, jednak nadal nie robiły aż tak wielkiej furory jak obecne.

Myślę, że warto w tym miejscu dodać wzmiankę o owych zabawkach z serii „Maj Lityl Poni”. Wiele ze starszych wyglądało jak słonie morskie i to bez porównania, jednak pojawiły się wersje fanowskie. Często tworzone w warunkach domowych z już wydanych kucyków – przerabiane, ubierane, farbowane, czy też malowane dla uzyskania zamierzonego efektu. Natknęłam się już na kucykową Leię, Edwarda Nożycorękiego, kapitana Sparrowa, mnóstwo steampunkowych i zombie wersji, a nawet na Obcego. Cóż, każdy chyba przyzna, że w takich wersjach są o wiele bardziej przystępne dla oka.

 W tym momencie docieramy do naszych współczesnych kucykowych przyjaciół. Stworzyła je kobieta odpowiedzialna za m.in. Atomówki – Lauren Faust. Produkowane są od 2010, w Polsce zjawiły się w 2011 na kanale MiniMini. Polski dubbing nie powala, ale przynajmniej nie przetłumaczono imion postaci (brzmiałyby co najmniej komicznie). Pojawiły się wielkie oczy, prosta kreska i żywsze kolory. Co wychodzi na plus? Myślę, że trochę bardziej zróżnicowane i skomplikowane charaktery postaci, zwłaszcza głównych. Mamy zapatrzoną w siebie lalę, nieśmiałą naturofilkę, szaloną imprezowiczkę, poszukiwaczkę mocnych wrażeń, prostą dziewczynę ze wsi i kujonicę. I te różnice naprawdę WIDAĆ.

Co dalej… Kreskówka powstała po to, by zabawić dziewczynki w wieku +/- 10 lat i ich rodziców. To dlaczego do jasnej choroby najwięcej fanów ma wśród młodzieży i dorosłych z przedziału 15-29 i w dodatku wśród facetów?! I to na całym świecie! Ot taki myk, że po wyemitowaniu pierwszych odcinków pojawił się artykuł (do którego niestety nie udało mi się dotrzeć) krytykujący producenta – Hasbro, za to, że tworzy serial tylko w celach marketingowych, by lepiej sprzedać zabawki. Artykulik trafił na 4chan i się zaczęło… Za stronami fanowskimi, różnego rodzaju rysunkami i tym podobnymi rzeczami powstały także nowe określenia – bronies i pegasis. Nic innego jak brat-kucyk i pegaz-siostra. Kucykowe bum tak bardzo wstrząsnęło światem -chan, że powstało osobne zbiorowisko zwane Ponychanem. Co dalej? Czy kucyki znikną, czy na długo pozostaną fenomenem współczesnego świata? Tego nie wiemy. Póki co wcale nie zamierzają nas opuszczać, ba, producenci animacji są zadowoleni z takiego obrotu spraw i raczej nie odpuszczą tak łatwego zarobku.

Na koniec, dla rozluźnienia podrzucę naszą rodzimą wersję kucyków, czyli nic innego jak „Nasz Polski Kucyk – Patatajnia się jebła”. Miłego oglądania i, mam nadzieję, do poczytania 😉